Plan Balcerowicza do dziś funkcjonuje w polskiej debacie publicznej jako skrót myślowy: z jednej strony jako symbol „koniecznej” terapii szokowej, z drugiej — jako punkt zwrotny, po którym koszty transformacji poniosły przede wszystkim grupy pracownicze.
W środowiskach lewicowych temat wraca regularnie, bo wiele sporów o lata 90. sprowadza się właśnie do pytania o to, czy ten kierunek reform był jedynym możliwym i komu w praktyce przyniósł korzyści. Jeśli ktoś szuka zwięzłego wprowadzenia do tego, jak plan wyglądał i jak był uzasadniany, dobre omówienie przedstawia kanał Pro Publico Bono na YouTube w swoim filmie.
Niezależnie od ocen, transformacja ustrojowa — czyli wprowadzenie w Polsce gospodarki kapitalistycznej — miała bardzo konkretne, codzienne konsekwencje. Większość Polaków (poczynając od pokolenia milenialsów) pamięta problemy i patologie tamtego okresu, nawet jeśli część osób uznaje go za „zło konieczne”. Przypomnijmy pokrótce „uroki” lat 90.:
- upadek dużych zakładów pracy;
- dwucyfrowe bezrobocie i pauperyzację całych miast oraz regionów;
- spadek realnych wynagrodzeń (realne płace wróciły do poziomu z końca lat 80. dopiero na początku lat 2000.);
- wzrost ubóstwa;
- skokowy wzrost bezdomności;
- rozkwit przestępczości zorganizowanej i pospolitej;
- wzrost prostytucji.
Ten wątek na Reddicie dobrze oddaje realia tamtego czasu — z nutą ironicznego sentymentalizmu.

Liberalni apologeci Balcerowicza mają jednak własne argumenty — w większości sprowadzające się do rozmaitych wariantów jednego z dwóch haseł: „inaczej się nie dało” albo „wcale nie było tak źle”. Polemikę z tego rodzaju tezami (zwłaszcza w odniesieniu do wskaźników makroekonomicznych, takich jak PKB per capita) podjęli m.in. profesorowie Kołodko i Nuti w sekcji V opracowania „The Polish Alternative: Old Myths, Hard Facts and New Strategies”.
W tym tekście przyglądam się kilku twierdzeniom dotyczącym wpływu planu Balcerowicza na sytuację materialną polskich mas pracujących — w szczególności klasy robotniczej.
„Wzrost bezrobocia był przeszacowany”
Tezy tej bronił m.in. jeden z rzeczywistych architektów tego planu — Jeffrey Sachs. Jego zdaniem realne bezrobocie wynosiło w 1994 roku „tylko” ok. 10%, a nie oficjalne 15% (a raczej 16%), ponieważ część bezrobotnych dorabiała w szarym sektorze. Kontrargumenty nasuwają się same:
- 10-procentowa stopa bezrobocia i tak jest wysoka;
- upowszechnienie pracy „na czarno” (a zatem pracy niskopłatnej, dorywczej, nieobjętej kodeksową ochroną) świadczy o pauperyzacji klasy robotniczej;
- w rzeczywistości mieliśmy do czynienia z tzw. ukrytym bezrobociem, m.in. w postaci „wypychania” pracowników na wcześniejsze emerytury, renty, zasiłki przedemerytalne itp., na co celnie zwracają uwagę Kołodko i Nuti:
The 'true' unemployment rate should have included those involuntarily withdrawn from the active population: the early retired and pseudo-invalids pensioned off instead of being sacked, plus those unemployed who, no longer being entitled to benefits, failed to register
„Spadek wynagrodzeń był przeszacowany”
O mniejszym niż oficjalny spadku wynagrodzeń miałby świadczyć stosunkowo niewielki spadek konsumpcji. Oznaczałoby to, że ludzie rekompensowali sobie niższe wynagrodzenia w „oficjalnej” gospodarce (bądź ich całkowitą utratę) poprzez „dorabianie na czarno”. To wyjaśnienie nie usuwa jednak problemu: upowszechnienie pracy „na czarno” samo w sobie jest wskaźnikiem pauperyzacji klasy robotniczej — tym bardziej, jeśli ludzie musieli pracować dłużej i w gorszych warunkach, aby utrzymać konsumpcję na poziomie zbliżonym do poprzednich lat.
Co więcej, spadek konsumpcji można „wyrównywać” nie tylko podejmowaniem dodatkowego, dorywczego zatrudnienia, ale też np. sprzedażą dobytku czy ucieczką w „półświatek”. To wskazuje raczej na desperację znacznej części społeczeństwa niż na „kosmetyczny” charakter problemu. Mimo tych zastrzeżeń należy podkreślić, że spadek konsumpcji na początku lat 90. miał charakter jak najbardziej realny:
These statements are contradicted by Sachs's own data; it has taken until 1993 for food consumption per capita to approach the 1989 level
„Spadek stopy życiowej w latach 90. rekompensował czas tracony w kolejkach w okresie PRL-u”
Jak podaje Małgorzata Raczkowska:
Czas poświęcany dziennie na zakupy zmniejszył się w przypadku kobiet średnio z 2,4 godziny w lipcu 1989 r. do 0,7 godziny w lipcu 1990 r. (analogiczne liczby odnośnie do mężczyzn wykazały spadek z 1,9 godz. do 0,66 godz.).
Niestety pogorszenie stopy życiowej niejednokrotnie zmuszało Polaków do wykorzystywania zaoszczędzonego czasu na podejmowanie dodatkowego zatrudnienia lub — co gorsza — na stanie w kolejce do pośredniaka.
Jak celnie zauważają Kołodko i Nuti:
The search for goods had been replaced by the search for jobs, with one giant queue of unemployed replacing the innumerable queues for goods, while the welfare of employed workers was worsened by job insecurity
Co istotniejsze, problem niedoborów konsumenckich w sklepach był bezpośrednim skutkiem utrzymywania sztucznie zaniżonych cen. Urealnienie cen pod koniec 1989 roku, a więc przed rozpoczęciem reform Balcerowicza (a zarazem po momencie użytym przez Raczkowską jako punkt odniesienia), skutecznie zredukowało zjawisko niedoborów, na co słusznie zwracają uwagę Kołodko i Nuti:
By the autumn of 1989 shortages in Poland had been virtually eliminated
„Polska wypadła na transformacji najlepiej ze wszystkich państw dawnego Bloku Wschodniego”
Podstawowy problem z tą tezą polega na tym, że sprowadza ona złożoną, blisko 40-letnią historię III RP do jednego czynnika: reform gospodarczych z jej początkowego okresu. Pomija tym samym rolę kolejnych rządów w kształtowaniu polskiej rzeczywistości. Takie rozumowanie ma wręcz karykaturalny charakter, a jego fundamentalne błędy wykazano chociażby w krótkim artykule Leona Podkaminera „Gdyby nie Kołodko”.
Warto jednak dodać, że gdy przyjrzymy się sytuacji innych państw postsocjalistycznych, szybko dojdziemy do wniosku, że grupa krajów, z którymi można porównać Polskę, jest zaskakująco wąska. Przede wszystkim nie ma sensu porównywać Polski z krajami byłej Jugosławii — trudno oczekiwać, by państwa zrujnowane w latach 90. wojnami i ludobójstwami mogły z nami konkurować gospodarczo.
Jako sensowny punkt odniesienia powinniśmy też odrzucić dwa inne, wyraźnie biedniejsze kraje tego regionu — Bułgarię i Albanię. Również porównywanie się z dawnymi republikami radzieckimi niewiele wnosi, biorąc pod uwagę skalę katastrofy socjoekonomicznej, jaka dotknęła je w latach 90. na skutek rozpadu ZSRR (w tym niejednej wojny).
Realnie pozostają nam zatem maksymalnie cztery państwa (w większości znacznie od nas mniejsze) Europy Środkowo-Wschodniej, z którymi można się sensownie porównać: Czechy, Słowacja, Węgry i Rumunia. Bycie liderem takiego grona nie wydaje się szczególnie wysokim osiągnięciem — nawet gdybyśmy na potrzeby dyskusji chcieli przypisać je Balcerowiczowi.
Podsumowanie
Nie ulega wątpliwości, że reformy Balcerowicza skutkowały znaczną pauperyzacją polskiej klasy robotniczej. Co więcej, wywołały regres w sferze środków produkcji: likwidacji ulegały często nowoczesne zakłady przemysłowe, a lukę po nich zapełniały „januszexy” — małe i średnie, rodzime prywatne przedsiębiorstwa o niewielkiej wartości ekonomicznej.
Skutkiem przywrócenia kapitalizmu w Europie Środkowo-Wschodniej było zepchnięcie tego regionu do statusu obszaru peryferyjnego, niemal półkolonialnego: uzależnionego ekonomicznie i politycznie od Europy Zachodniej, będącego źródłem taniej siły roboczej dla zachodnich kapitalistów i rynkiem zbytu dla niemieckich oraz francuskich sieci handlowych. W efekcie zarówno Polska, jak i nasi południowi sąsiedzi utracili część podmiotowości na arenie międzynarodowej, wchodząc w relację wasalizacji wobec zachodnich mocarstw.
Warto podkreślić, że pod koniec lat 90. Balcerowiczowi udało się powtórzyć „sukces” wywołania skokowego wzrostu bezrobocia — tym razem jednak nie da się zastosować zestawu wcześniej używanych wymówek (zakończenie handlu z ZSRR, pierwsza wojna w Iraku, przemiany polityczne itd.).
Nie należy jednak odczytywać tej krytyki transformacji lat 90. jako bezrefleksyjnego sentymentalizmu wobec schyłkowego okresu PRL-u. Warto podkreślić, że owa wasalizacja wobec zachodniego imperializmu była bezpośrednią konsekwencją i kontynuacją polityki PZPR, począwszy od słynnych długów Gierka zaciągniętych pod koniec lat 70., co szczegółowo opisuje Jacek Tittenbrun w monumentalnej pracy „Upadek socjalizmu realnego w Polsce”.
Nie jest więc przypadkiem, że ostatnie 15 lat PRL-u wiązało się ze stagnacją i pogorszeniem stopy życiowej polskiej klasy robotniczej. Skala liberalizacji gospodarczej późnego PRL-u nasuwa wręcz pytanie, czy przywrócenia kapitalizmu w Polsce nie powinniśmy datować kilka lat wcześniej niż powszechnie przyjęty rok 1989 — co dogłębnie opisuje wskazana pozycja.
W tym kontekście zmiany lat 90. niewątpliwie zasługują na określenie użyte przez tego samego autora jako tytuł serii książek na ten temat: „z deszczu pod rynnę”.
