19 kwietnia 2026 roku napisałem na Facebooku post, który wywołał niemałe kontrowersje. W dniu, w którym tysiące Polaków – w tym najważniejsi polscy politycy – solidarnie przypinały żółte żonkile, by uczcić 83. rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim, postanowiłem w dość ostrych słowach skrytykować wszystkich tych, którzy się na taki gest decydują. Wpis spotkał się z bardzo dużą aprobatą i szerokim odzewem, ale nie brakowało też głosów tych, którzy poczuli się urażeni. Dlatego postanowiłem w sposób merytoryczny wyjaśnić, dlaczego wpinanie żonkila jest, w mojej ocenie, równoznaczne z symbolicznym – często nieświadomym – wsparciem dla zbrodniczego państwa, jakim jest Izrael.
Zacznijmy od absolutnych podstaw: krytykując akcję „Żonkile" i jej podobne, nie krytykuję uczczenia pamięci powstańców z getta. Krytykuję udział w akcji, która – w rękach machiny propagandowej izraelskich władz – przestała być aktem pamięci, a stała się narzędziem politycznej indoktrynacji. Krytykuję noszenie symbolu, który Ambasada Izraela w Polsce i minister edukacji Yoav Kisch – przedstawiciele państwa oskarżanego o zbrodnie wojenne – wykorzystują do legitymizowania polityki, której ofiarami padają dziś Palestyńczycy. Krytykuję, bo żonkil przypięty przez izraelskiego dyplomatę nie jest hołdem dla Mordechaja Anielewicza – jest płaszczykiem, pod którym kryje się systematyczne, od dziesięcioleci prowadzone zawłaszczanie pamięci o Holokauście do celów nacjonalistycznych i militarystycznych.
I właśnie o tym jest ten tekst. O tym, jak izraelskie władze od lat organizują wycieczki młodzieży do Auschwitz nie po to, by uczyć o Holokauście, lecz by kultywować poczucie wiecznej ofiary i na tej podstawie budować nienawiść. O tym, jak autorzy tacy jak Norman Finkelstein i Gábor Maté – z pochodzenia Żydzi, dzieci ocalałych z Holokaustu – demaskują ten proceder. I o tym, dlaczego wpinanie żonkila w dniu, gdy pociski spadają na Dżabalię, a izraelscy żołnierze robią sobie selfie z palestyńskim zakładnikiem użytym jako reklama sklepu jubilerskiego, jest nie tylko naiwne, ale wręcz moralnie kompromitujące.
Akcja Żonkile: Społeczny gest w służbie propagandy
Akcja Żonkile, która wyrosła z oddolnego gestu Marka Edelmana, w 2013 roku została przejęta przez Muzeum POLIN, by po latach stać się jednym z centralnych elementów polityki historycznej. Dziś jednak – wbrew swoim korzeniom – funkcjonuje jako instrument polityczny pozostający w ścisłej współpracy z władzami Izraela i jego ambasadą. Udział ambasadorów tego państwa w oficjalnych obchodach, wspólne konferencje prasowe oraz medialne nagrania promujące wspólną narrację pokazują, że nie mamy już do czynienia z autentycznym, obywatelskim gestem pamięci, lecz z centralnie sterowaną kampanią, która pod płaszczykiem hołdu dla ofiar getta realizuje bieżące cele izraelskiej polityki.
Wystarczy spojrzeć na relacje Ambasady Izraela w Polsce, która w 2026 roku aktywnie promowała akcję, wplatając w nią elementy bieżącej polityki i współczesnych konfliktów. To samo dotyczy udziału izraelskich ministrów, takich jak Yoav Kisch, którzy wykorzystują tę okazję do budowania narracji o „wspólnej walce" – narracji mającej legitymizować izraelskie działania wobec Palestyńczyków. Kiedy przypinasz żonkila w 2026 roku, przypinasz go obok ambasadora państwa oskarżanego przez Międzynarodowy Trybunał Karny o zbrodnie przeciwko ludzkości. Przypinasz go w dniu, gdy izraelskie siły bombardują północ Gazy. W tygodniu, gdy izraelski żołnierz robi sobie zdjęcie z palestyńskim zakładnikiem użytym jako reklama jego sklepu jubilerskiego. I to jest właśnie powód, dla którego głośno mówię: w dzisiejszych okolicznościach wpinanie żonkila to nie hołd, lecz – świadome lub nie – wsparcie dla izraelskiej narracji.
Pielgrzymka do Auschwitz: Państwowy rytuał kształtowania żołnierza
Yoav Kisch, który w Warszawie przypinał żonkila, jest tym samym ministrem, który odpowiada za izraelski system edukacji. A ten system wysyła każdego roku około 40 tysięcy uczniów, głównie w wieku 16–17 lat, na obowiązkową pielgrzymkę do obozów zagłady w Polsce. To nie jest wycieczka edukacyjna w powszechnie rozumianym sensie – to państwowy rytuał inicjacyjny, którego celem jest ukształtowanie tożsamości młodego Izraelczyka jako Żyda i jako przyszłego żołnierza. Chodzi o wyprodukowanie obywatela, który od najmłodszych lat internalizuje przekonanie, że świat jest antysemicki, że Żydzi nie mają na kogo liczyć poza sobą i że każdy nie-Żyd jest potencjalnym wrogiem – a więc że przemoc wobec Palestyńczyków jest nie tylko usprawiedliwiona, ale wręcz konieczna.
Mechanizm jest prosty i przerażająco skuteczny. Młody Izraelczyk jedzie do Polski, by na własne oczy zobaczyć „dowód" na to, do czego prowadzi brak własnego państwa i własnej armii. Auschwitz staje się nie tyle miejscem pamięci o ofiarach nazizmu, ile argumentem za koniecznością istnienia Izraela jako twierdzy – i za koniecznością posiadania armii zdolnej do zadawania przemocy, by owa przemoc nigdy więcej nie spotkała Żydów. W tej narracji Palestyńczyk nie jest człowiekiem z własnymi prawami i aspiracjami – jest zagrożeniem, które trzeba kontrolować, wypierać, a w ostateczności eliminować. Bo „nigdy więcej" oznacza w tym języku: „nigdy więcej my nie będziemy ofiarami, nawet jeśli mielibyśmy stać się katami".
Podczas marszów po terenie byłego obozu izraelscy uczniowie maszerują demonstracyjnie otuleni flagami Izraela. To nie jest wyraz żałoby ani zadumy. To manifestacja nacjonalistycznej dumy i militarystycznej gotowości. Auschwitz staje się poligonem dla wyobraźni – miejscem, w którym kształtuje się tożsamość opartą na wiecznej traumie, która usprawiedliwia wieczną wojnę.
To właśnie ten mechanizm sprawia, że nie mogę milczeć, gdy widzę ludzi przypinających żonkila obok ministra Kischa. Bo on nie przyjechał do Polski uczyć o Holokauście. Przyjechał legitymizować system, który wysyła dzieci do Auschwitz po to, by wychować kolejne pokolenie gotowe zabijać i być zabijanym w imię syjonistycznej idei.
Finkelstein: „Przemysł Holokaustu" i polityczna instrumentalizacja cierpienia
Mechanizm ten od lat analizuje Norman Finkelstein, amerykański politolog żydowskiego pochodzenia, którego oboje rodzice przeżyli Holokaust, a matka była więźniarką Auschwitz. W swojej przełomowej książce „The Holocaust Industry" (2000) Finkelstein dowodzi, że pamięć o Holokauście została zawłaszczona przez wąską grupę wpływowych aktorów – nie ocalałych, lecz ich samozwańczych przedstawicieli – którzy uczynili z niej narzędzie polityczne i finansowe na rzecz Izraela.
Finkelstein nie neguje Holokaustu ani nie umniejsza jego tragizmu. Krytykuje jednak „przemysł Holokaustu" – mechanizm, w którym pamięć o Zagładzie została odarta z uniwersalnego wymiaru i przekształcona w oręż walki politycznej. Jak pisze, „żydowski establishment" na całym świecie wykorzystuje zbiorową pamięć o Szoa do uzasadniania izraelskiej polityki, w tym okupacji i przemocy wobec Palestyńczyków.
Finkelstein został za tę książkę zdemolowany przez mainstreamowe media. „New York Times" nazwał ją „niedorzeczną, arogancką i głupią", nie potrafiąc wskazać ani jednego błędu merytorycznego. Stracił posadę akademicką, a izraelski rząd zakazał mu wjazdu do kraju na dziesięć lat. Wyłącznie dlatego, że odważył się powiedzieć prawdę o tym, jak pamięć o cierpieniu Żydów została przekształcona w narzędzie legitymizacji cierpienia Palestyńczyków.
To jest właśnie sedno mojej krytyki wobec noszenia żonkila. Nie dlatego, że nie szanuję powstańców z getta. Dlatego, że nie godzę się na to, by ich pamięć była wykorzystywana do usprawiedliwiania współczesnych gett.
Gábor Maté: Trauma jako paliwo polityki siły
Podobne wnioski wyciąga Gábor Maté, kanadyjski lekarz żydowskiego pochodzenia, ocalały z Holokaustu, światowej sławy ekspert od traumy. Maté, który jako niemowlę przeżył nazistowską okupację Węgier, a jego dziadkowie zginęli w Auschwitz, przeszedł długą drogę od gorliwego syjonisty do jednego z najbardziej wnikliwych krytyków izraelskiej polityki.
W wywiadzie dla Al Jazeery Maté mówi wprost: zbiorowa trauma żydowska została wykorzystana przez Izrael do usprawiedliwienia swojej wojny w Gazie. Jego teza jest głęboka i niezwykle ważna: współczesny syjonizm wyrósł z traumy. Trauma ta jest autentyczna, niezaprzeczalna i wciąż żywa w pokoleniach ocalałych i ich potomkach. Problem polega na tym, że Izrael – zamiast leczyć tę traumę – systematycznie ją podtrzymuje, wykorzystuje i przekierowuje na zewnątrz, przeciwko Palestyńczykom.
Maté mówi o tym wprost: niezależnie od tego, jak bardzo odpowiada to naszej historycznej traumie – ogromna niesprawiedliwość została wyrządzona innemu narodowi. To kluczowa diagnoza: izraelskie władze nie leczą traumy Holokaustu – ona służy im jako wieczne paliwo dla polityki siły, ekspansji i dominacji.
To właśnie tę traumę, podgrzaną do temperatury wrzenia, przywozi ze sobą do Polski minister Kisch, gdy przypina żonkila. Nie po to, by się uczyć. Po to, by powiedzieć: „Patrzcie, co nam zrobiliście. I dlatego my teraz możemy robić to samo". A każdy Polak, który w ten dzień staje przy nim z żonkilem, wysyła sygnał: „Rozumiemy cię, jesteśmy z tobą".
Buchenwald, Boehm i cenzura pamięci
Jeśli ktokolwiek wątpi, że izraelskie władze aktywnie zwalczają każdą próbę uniwersalizacji lub odpolitycznienia pamięci o Holokauście, niech spojrzy na przypadek Omriego Boehma, izraelsko-niemieckiego filozofa. W marcu 2025 roku Boehm został zaproszony do wygłoszenia przemówienia podczas Dnia Pamięci Ofiar Holokaustu w byłym obozie koncentracyjnym Buchenwald. Ambasada Izraela w Berlinie natychmiast interweniowała, doprowadzając do odwołania jego wystąpienia. Ambasador Ron Prosor oświadczył, że zaproszenie Boehma to „oburzająca zniewaga wobec pamięci ofiar".
Jaka była zbrodnia Boehma? Porównał Holokaust do Nakby – katastrofy Palestyńczyków w 1948 roku – i oskarżył Jad Waszem o „wybielanie" rasistowskich izraelskich polityków. Poszedł dalej: stwierdził, że upamiętnianie Holokaustu w Izraelu stało się siłą, która podważa demokrację, normalizuje rasizm i uniemożliwia polityczny kompromis. Krytykował izraelskie wycieczki szkolne do obozów zagłady, wskazując, że służą one nie pamięci, lecz indoktrynacji.
Boehm nie został odwołany, bo kłamał. Został odwołany, bo mówił prawdę – prawdę, która burzy świętą narrację: że Holokaust jest wyłącznie żydowską tragedią, z której nie wolno wyciągać uniwersalnych wniosków, zwłaszcza tych podważających legitymację izraelskiej polityki wobec Palestyńczyków.
Gdy 19 kwietnia przypinasz żonkila, przypinasz go obok ludzi, którzy uciszyli Boehma w Buchenwaldzie. Zastanów się, czy chcesz stać po tej samej stronie co ci, którzy tłamszą wolną myśl.
Nowe pokolenie widzi prawdę
Ten mechanizm zaczyna się jednak załamywać. W listopadzie 2025 roku Sarah Hurwitz, była doradczyni i autorka przemówień w administracji Obamy, wygłosiła wstrząsające przemówienie przed Zgromadzeniem Ogólnym Federacji Żydowskich Ameryki Północnej. Ubolewała nad tym, że młode pokolenie zamiast studiować dostarczone przez nią „dane, informacje, fakty i argumenty", woli oglądać w mediach społecznościowych obrazy rzezi w Gazie – i na tej podstawie wyciągać wnioski katastrofalne dla izraelskiego wizerunku. Hurwitz z żalem przyznała, że gdy próbuje przekonywać młodych Żydów do słuszności działań Izraela, zdaje sobie sprawę, że mówi „przez obrazy martwych dzieci" i że „brzmi obscenicznie".
„Edukacja o Holokauście obróciła się przeciwko nam" – stwierdziła, ponieważ młodzi ludzie uczą się o wielkich, silnych nazistach krzywdzących słabych, wychudzonych Żydów, a potem na TikToku widzą silnych Izraelczyków krzywdzących słabych, wychudzonych Palestyńczyków – i wyciągają z tego oczywisty wniosek, że „lekcją Holokaustu jest walczyć z Izraelem". Hurwitz nie dostrzegła ironii: to właśnie ta zdolność do empatii i uniwersalizacji lekcji Holokaustu jest jedyną moralnie spójną postawą, jaką można z niego wyciągnąć.
Ta obserwacja jest trafna. To, co izraelska machina propagandowa budowała przez dziesięciolecia – tożsamość ofiary usprawiedliwiająca każdą przemoc – zaczyna pękać w zderzeniu z rzeczywistością. Młodzi Żydzi w diasporze i coraz częściej w samym Izraelu widzą na własne oczy, że to, czego ich uczono o Holokauście – dehumanizacja, gettoizacja, przemoc państwowa – dziś praktykowane jest przez ich własne państwo wobec Palestyńczyków. Jak trafnie skomentowała brytyjska filozofka Lorna Finlayson: „Prawdziwe znaczenie Holokaustu, jak można by wnioskować, nie polega na tym, że był zły, ponieważ silni krzywdzili słabych, ale dlatego, że Żydzi byli ofiarami. Kiedy ofiarami są Czarni lub Palestyńczycy, jest inaczej".
To właśnie ta świadomość – że pamięć o Holokauście nie może być zastrzeżona tylko dla jednej ofiary – przyświecała mi, gdy 19 kwietnia pisałem ten kontrowersyjny post. Nie po to, by obrazić powstańców z getta. Po to, by powiedzieć: ich walka z nazistami była słuszna, ale nie pozwolę, by ich pamięć stała się legitymizacją dla współczesnych gett – i będę to mówił głośno, choćby nie wiem jak wielu miało poczuć się urażonych.
Epilog: Żonkil, który zatruwa getto
Wróćmy do żonkila. Ten mały, żółty kwiatek to symbol, który został skradziony i zawłaszczony przez tych, którzy nie mają prawa go nosić. Ambasador Izraela w Polsce nie ma prawa nosić żonkila w imieniu państwa, które dziś buduje getta. Minister edukacji nie ma prawa nosić go w imieniu systemu, który wysyła dzieci do Auschwitz, by nauczyć je nienawiści i wychować na posłusznych syjonistycznych żołnierzy. Podobnie jak wszyscy polscy politycy wykazujący służalczą postawę wobec Izraela i wspierający go na każdym kroku – Sikorski, Bartoszewski, Nawrocki, Czarzasty, Jachira i im podobni.
A sama symbolika tego kwiatu jest tu brutalnie wymowna. Warto przypomnieć kilka faktów o tej roślinie, bo to doskonała metafora tego, co dziś reprezentują ci, którzy ją noszą.
Po pierwsze, żonkil – a dokładnie narcyz żonkil – jest rośliną w całości trującą. Najwięcej trucizny kryje się w cebulkach. Trujące korzenie sprawiają, że w miejscu, gdzie rosną te kwiaty, ziemia jest skażona – absolutnie nie wolno sadzić w ich pobliżu jadalnych roślin, bo mogą wchłonąć truciznę. Czy to nie jest idealny obraz tego, co izraelska polityka robi z ziemią palestyńską? Zatruwa ją, by nic na niej nie mogło wzrosnąć poza własną, śmiertelną władzą. Gaza, Zachodni Brzeg – to ziemia skażona okupacją.
Po drugie, jeśli włożycie narcyza do wazonu z piękną różą, ta bardzo szybko zwiędnie. Podobnie Izrael nie znosi przy sobie żadnej innej, niezależnej siły – niszczy wszystko, co inne, co piękne, co mogłoby stanąć obok. Gaza pod izraelskim butem to właśnie taka róża, która więdnie w kontakcie z trującym kwiatem.
Po trzecie, w naszej kulturze narcyz symbolizuje próżność, egotyzm, samouwielbienie, niezdolność do miłości. Stąd wzięło się medyczne określenie „narcyzm". Nazwa rośliny pochodzi wprost od greckiego mitu o Narcyzie – młodzieńcu, który odrzucił miłość nimfy Echo i został ukarany przez bogów. Zobaczył swoje odbicie w wodzie i zakochał się w sobie tak bardzo, że nie mógł odejść, aż w końcu umarł z tęsknoty, a na jego grobie wyrósł kwiat. Czy jest lepszy symbol dla państwa tak zapatrzonego we własną, wyimaginowaną „wyjątkowość" i „traumę", że nie dostrzega już cierpienia innych, nie słyszy ich wołania, nie potrafi kochać nikogo poza sobą? Izrael od dziesięcioleci przegląda się w lustrze własnej ofiary, nie widząc, że sam stał się katem.
Ten żółty, trujący kwiat to zatem nie hołd dla powstańców getta. To symbol tego, co izraelska polityka robi z pamięcią, z ziemią, z innymi narodami.
Norman Finkelstein, syn ocalałych z Auschwitz, napisał, że „przemysł Holokaustu" trzeba zdemaskować i zamknąć, by zmarli z Auschwitz i Treblinki mogli wreszcie spocząć w pokoju. Gábor Maté, ocalały z Holokaustu, wzywa do przerwania traumy, która napędza przemoc – do uleczenia własnych ran, zamiast zadawania ich innym. Omri Boehm, uciszony w Buchenwaldzie, powiedział: „Czy to znaczy, że Izrael musi zapomnieć, by mieć przyszłość? Właśnie to znaczy".
Ja nie wzywam do zapomnienia. Wzywam do tego, by pamięć nie stała się więzieniem. By ofiary jednej zbrodni nie służyły za alibi dla kolejnej. By żonkil – ten trujący, narcyzowaty kwiat – nie zakrywał getta. Ani tego z 1943 roku, ani tego z 2026.
Dlatego 19 kwietnia napisałem ten post – i będę o tym przypominał każdego roku, dopóki ten sam symbol będzie noszony przez tych, którzy budują getta, zamiast je upamiętniać. Nie po to, by dzielić. Po to, by otworzyć oczy tym, którzy – być może nieświadomie – dają się wciągnąć w ten mechanizm. Po to, by każdy, kto sięgnie po żółty kwiatek, zadał sobie pytanie: czy na pewno wiem, kogo dziś tak naprawdę upamiętniam?
Bohaterów getta, czy ich grabarzy? A może – co najgorsze – nieświadomie – obu naraz?