W lutym 2024 roku, pod osłoną nocy, armia funkcjonariuszy i wolontariuszy wyrusza w Polskę z jednym celem: policzyć ludzi. Wyniki spływają do ministerialnych arkuszy kalkulacyjnych, urzędnicy odhaczają realizację zadania, a społeczeństwo oddycha z ulgą, widząc stabilne słupki w statystykach. Problem w tym, że te liczby – choć matematycznie mogą wydawać się poprawne – są semantycznie puste. System pomocy, który za nimi stoi, jest w wielu aspektach fasadowy: generuje raporty, ale nie potrafi przywracać ludziom godności.
Kiedy słyszymy, że osoba w kryzysie odrzuca ofertę pomocy, łatwo przychodzi nam ocena: „sam tego chciał”. To wygodne kłamstwo. Odmowa przyjęcia miejsca w noclegowni to rzadko kaprys. Zazwyczaj to racjonalna reakcja na ofertę, która zamiast rozwiązania problemu proponuje jedynie instytucjonalizację biedy.
Statystyka, która ukrywa prawdę
Spójrzmy na Ogólnopolskie Badanie Liczby Osób Bezdomnych krytycznym okiem. Mamy tu do czynienia z klasycznym problemem metodologicznym. Badanie typu "point-in-time" to migawka z jednej, konkretnej nocy. To podejście obarczone jest potężnym błędem poznawczym.
- Nierówność terytorialna: Wynik badania zależy wprost od aktywności służb w danym regionie. Jeśli w jednej gminie patrol ogranicza się do objazdu głównych ulic, a w drugiej wolontariusze wchodzą do każdego pustostanu, otrzymujemy dane, których nie da się rzetelnie porównać. Mapa bezdomności staje się mapą aktywności patroli, a nie realnego rozkładu problemu.
- Niewidzialni: Statystyki świetnie indeksują osoby w schroniskach – bo są w systemie. Osoby mieszkające w altanach, na klatkach czy w lasach, często pozostają poza radarem.
- Brak dynamiki: Tabela w raporcie jest statyczna. Nie pokazuje przepływu ludzi. Nie mówi nam, ile osób właśnie wypadło z systemu, a ile tkwi w nim od dekad. Traktujemy zjawisko dynamiczne za pomocą statycznego narzędzia, co prowadzi do błędnych wniosków przy projektowaniu polityki społecznej.
Bezdomność to nie jest cecha charakteru. To sytuacja życiowa. Próbując ją zmierzyć wyłącznie liczbą zajętych łóżek w schroniskach, mierzymy wydolność systemu, a nie skalę ludzkiego dramatu.
„Czy potrzebuje Pan pomocy?”
Najbardziej dramatycznym elementem polskiego podejścia do bezdomności nie są jednak suche dane, ale jakość oferowanej pomocy.
Wyobraźmy sobie człowieka na dworcu. Podchodzi patrol. Pada sakramentalne pytanie: „Czy chce Pan jechać do schroniska?”. Człowiek odpowiada: „Nie”. System notuje: Odmowa pomocy. Sprawa zamknięta.
Ale co tak naprawdę kryje się za tym „nie”? Oferta schroniska to często propozycja zrzeczenia się podmiotowości. To wejście w tryb życia, w którym jest się numerem w rejestrze, śpi się w sali z kilkunastoma obcymi osobami, często w warunkach urągających prywatności. To propozycja zarządzanej wegetacji.
Polski system pomocy społecznej osiągnął mistrzostwo w utrzymywaniu ludzi przy życiu (ciepła zupa, miejsce do spania), ale ponosi klęskę w przywracaniu ich do społeczeństwa. Schroniska działają jak strefy buforowe – przechowują ludzi, których rynek pracy i rynek mieszkaniowy odrzucił. Odmowa przyjęcia takiej „pomocy” to często desperacka próba zachowania resztek kontroli nad własnym życiem, nawet za cenę mrozu.
Są alternatywy
Jeśli obecny model jest niewydolny, co proponujemy w zamian? Rozwiązanie jest znane i sprawdzone m.in. w Finlandii. Nazywa się Housing First (Najpierw Mieszkanie).
Tradycyjny model „drabinowy” zakłada, że bezdomny musi „zasłużyć” na mieszkanie: najpierw noclegownia, potem schronisko, potem mieszkanie treningowe, a na końcu – jeśli dobrze pójdzie – lokal socjalny. To droga przez mękę, na której większość odpada.
Model Housing First odwraca tę logikę. Zakłada, że mieszkanie jest prawem człowieka i podstawą do rozwiązania innych problemów. Najpierw zapewniamy stabilny dach nad głową – bezwarunkowo – a dopiero potem wprowadzamy wsparcie terapeutyczne i zawodowe. Człowiek, który ma własny klucz do drzwi, odzyskuje poczucie sprawstwa. Dopiero mając bezpieczną bazę, może myśleć o leczeniu nałogów czy szukaniu pracy.
Bezdomność to stan braku zasobów mieszkaniowych, a nie stan umysłu, który trzeba „wyleczyć” pogadankami w świetlicy.
Paradoks pustostanów
Tu dochodzimy do sedna krytyki systemowej. Bezdomność w Polsce XXI wieku nie wynika z fizycznego braku mieszkań. Wynika z ich dystrybucji. Mamy w Polsce setki tysięcy pustostanów – mieszkań trzymanych spekulacyjnie jako lokata kapitału, „betonowe złoto”, które stoi puste, podczas gdy ludzie marzną na ulicach.
Rynek alokuje mieszkania tam, gdzie jest zysk (apartamenty inwestycyjne, najem krótkoterminowy), a nie tam, gdzie jest największa potrzeba społeczna. To klasyczny przykład zawodności rynku, który w pogoni za rentownością ignoruje koszty społeczne.
Jako społeczeństwo musimy zrozumieć, że walka z bezdomnością to nie kwestia charytatywności, ale racjonalnej polityki gospodarczej. Koszt utrzymywania człowieka w systemie schronisk, szpitali i interwencji policyjnych jest często wyższy, niż koszt zapewnienia mu taniego mieszkania komunalnego.
Dopóki Ministerstwo będzie uznawać raporty z Excela za sukces, a odmowę wegetacji w schronisku za „wolny wybór”, dopóty będziemy tkwili w martwym punkcie. Prawdziwa walka z bezdomnością nie odbywa się w nocy z latarką w pustostanie. Odbywa się w debacie o prawie do mieszkania, o uregulowaniu spekulacji nieruchomościami i o tym, czy państwo ma służyć obywatelom, czy deweloperom.
