Czy spółdzielnie to własność socjalistyczna?
Pomysł gospodarki opartej na własności spółdzielczej – bądź na jej pochodnych, takich jak na przykład własność nominalnie państwowa, lecz faktycznie zarządzana przez samorządowe rady robotnicze – jest niezwykle rozpowszechniony wśród antykapitalistycznej lewicy. Często przedstawia się go jako właściwy, najbardziej autentyczny i rzekomo wolny od „biurokratycznych wypaczeń” model socjalizmu. W tej narracji to właśnie spółdzielnie, rady zakładowe, federacje komun czy inne zdecentralizowane formy zarządzania mają ucieleśniać „prawdziwy socjalizm”, przeciwstawiany historycznym doświadczeniom państw socjalistycznych.
Problem z tym wyobrażeniem polega jednak na tym, że opisywany w ten sposób ustrój w ogóle nie jest socjalizmem. Co więcej, własność spółdzielcza – niezależnie od tego, jak bardzo demokratyczna, oddolna czy „robotnicza” – nie spełnia podstawowych kryteriów własności socjalistycznej. Mamy tu do czynienia nie z inną odmianą socjalizmu, lecz z jakościowo odmiennym typem stosunków produkcji, który pozostaje zasadniczo poza jego definicją.
Socjalizm a kapitalizm
Aby to wykazać, należy najpierw jasno zdefiniować, czym socjalizm w ogóle jest. I tu pojawia się zjawisko jednocześnie w połowie śmieszne, a w połowie straszne: zaskakująco duża część osób deklarujących się jako socjaliści „wykłada się” już na tym elementarnym zagadnieniu – zupełnie jakby nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie o własne imię i nazwisko. Na poziomie deklaracji panuje bowiem pozorna zgoda: socjalizm to społeczna własność środków produkcji. Jest to definicja powszechnie używana i, choć niepełna, stanowi wspólny mianownik niemal wszystkich nurtów socjalistycznych.
Problem pojawia się jednak na poziomie znaczenia, a nie słów. Te same terminy bywają rozumiane w radykalnie różny sposób. W efekcie wspólne stają się brzmienie definicji i używane hasła, ale nie ich treść. Podobnie jak kryształem jest wyłącznie naturalnie powstała sieć krystaliczna, a nie jej sztucznie wykonany model, tak „społeczna własność środków produkcji” nie oznacza dowolnej formy kolektywnego zarządzania. Dlatego też modele często przywoływane przez zwolenników „antybiurokratycznego socjalizmu” – takie jak rewolucyjna Katalonia, Rożawa czy Jugosławia – nie spełniają definicji socjalizmu, mimo że operują tym samym słownictwem.
Kapitalizm i socjalizm nie są dwiema wersjami tego samego systemu, lecz przeciwstawnymi procesami produkcji. W kapitalizmie środki produkcji stanowią materialną bazę, przy pomocy której pracujący przy nich robotnicy, wykorzystując swoją siłę roboczą, wytwarzają wartość przewyższającą wartość zużytego kapitału stałego oraz kapitału zmiennego – wartość dodatkową. Wartość ta zostaje przywłaszczona przez właściciela środków produkcji i w procesie konkurencji przybiera postać zysku. Kierunek i struktura produkcji podporządkowane są maksymalizacji tej nadwyżki z perspektywy poszczególnych kapitałów, a mechanizmem koordynującym ich wzajemne relacje jest rynek wraz z jego prawami.
Rynek nie jest w kapitalizmie jedynie jednym z wielu elementów systemu ani neutralnym narzędziem wymiany. Jest on fundamentalną formą istnienia kapitalistycznego sposobu produkcji – sposobem, w jaki prywatne stosunki produkcji kształtują rozwój sił wytwórczych. To właśnie rynek organizuje towarową formę produkcji i wymiany, w ramach której realizuje się najbardziej podstawowy fakt nowoczesnej gospodarki: społeczny charakter pracy, produkcji, dystrybucji i konsumpcji. Jednocześnie jest on źródłem zasadniczej wady kapitalizmu – anarchii produkcji.
Produkcja ma bowiem charakter społeczny w sensie materialnym: miliony ludzi uczestniczą w jednym, globalnym procesie wytwarzania dóbr. Towary produkowane są nie dla konkretnych osób, lecz dla zbiorowego, anonimowego konsumenta. Proces produkcji przypomina kombinatoryczne piekło milionów zakładów, branż i łańcuchów dostaw, które wzajemnie się warunkują, przenikają i splatają. W tym procesie owoc pracy, wiedzy i technologii milionów ludzi zostaje faktycznie zintegrowany w jedną całość. Jednocześnie jednak decyzje produkcyjne podejmowane są prywatnie, w oderwaniu od tej całości, przez odrębnych właścicieli kapitału, kierujących się lokalną kalkulacją zysku.
Z tej sprzeczności wynika to, co ekonomia marksistowska określa mianem anarchii produkcji, a co stanowi zasadniczy punkt konfliktu między stosunkami produkcji a rozwojem sił wytwórczych w kapitalizmie. To właśnie ta anarchia – a nie wyzysk czy alienacja, choć te również są istotne – stanowi w świetle materializmu historycznego najgłębszy problem kapitalizmu, to ona bowiem odpowiada za hamowanie rozwoju sił wytwórczych. Siły wytwórcze stanowią główną bazę ludzkiej egzystencji, więc ich poziom to pierwszorzędny czynnik rozwoju. Anarchia produkcji oznacza brak świadomej, ogólnospołecznej kontroli nad kierunkiem, strukturą i proporcjami produkcji.
Każdy podmiot gospodarczy produkuje „na ślepo”, kierując się własnym interesem i lokalnym rachunkiem zysku, nie wiedząc, czy jego produkt znajdzie zbyt, czy nie zostanie zdublowany przez konkurencję, czy odpowiada realnym potrzebom społecznym ani czy nie natrafi na zakłócenia w skomplikowanych łańcuchach powiązań między zakładami. Dopiero rynek – już po fakcie – dokonuje brutalnej weryfikacji tych decyzji poprzez mechanizmy cen, marnotrawstwa zasobów, bankructw i cyklicznych kryzysów nadprodukcji, w których ślepa produkcja prowadzi do nagromadzenia się podaży przekraczającej popyt efektywny.
To właśnie za pośrednictwem rynku prywatne, nieskoordynowane decyzje poszczególnych producentów zostają wtórnie „zszyte” w jeden proces społeczny. Jest to jednak koordynacja mocno prymitywna, fragmentaryczna, negatywna i reaktywna: nie polega na planowym ustaleniu celów i środków w oparciu o dobro społeczne, lecz na selekcji ex post, dokonywanej poprzez straty, marnotrawstwo zasobów, partykularne interesy, nadprodukcję jednych dóbr i chroniczny niedobór innych.
Kluczowe jest to, że anarchia ta nie jest przypadkową cechą kapitalizmu ani wynikiem „niedoskonałości rynku”. Jest ona logiczną i nieusuwalną konsekwencją prywatnej własności środków produkcji. Dopóki środki produkcji należą do odrębnych podmiotów, dopóty nie istnieje możliwość świadomego, całościowego sterowania procesem produkcji.
W systemie rynkowym ścierają się ze sobą miliony odrębnych podmiotów gospodarczych, z których każdy realizuje tę samą logikę maksymalizacji zysku, lecz czyni to wyłącznie z perspektywy własnego, wąskiego i lokalnego interesu. Decyzje produkcyjne podejmowane są zatem w sposób racjonalny dla pojedynczego kapitału, ale irracjonalny z punktu widzenia interesu społecznego jako całości. To, co dla jednostki produkcyjnej stanowi optymalne wykorzystanie kapitału, dla społeczeństwa jawi się często jako marnotrawstwo zasobów, pracy i potencjału technicznego.
W rezultacie znaczna część społecznie wytwarzanej siły roboczej, surowców i zdolności produkcyjnych zostaje skierowana na wytwarzanie dóbr zbędnych, mniej potrzebnych lub wręcz szkodliwych, podczas gdy równocześnie całe obszary produkcji niezbędnej społecznie pozostają chronicznie niedoinwestowane lub w ogóle niezrealizowane. Rynek nie eliminuje tej sprzeczności, lecz ją systematycznie reprodukuje, ponieważ jego mechanizmy selekcji nie opierają się na kryterium użyteczności społecznej, lecz na zdolności do realizacji zysku.
Kapitalizm – niezależnie od poziomu rozwoju technologicznego, stopnia regulacji czy deklarowanych intencji jego uczestników – pozostaje systemem strukturalnie niezdolnym do racjonalnej organizacji produkcji w skali społecznej. Rynek nie jest tu dodatkiem, który można dowolnie ograniczać czy „uczłowieczać”, lecz koniecznym mechanizmem spajającym prywatną własność w pozorną całość. Jego istnienie jest zarazem dowodem na brak realnej kontroli społecznej nad procesem produkcji.
Ten moment jest kluczowy dla dalszego wywodu, ponieważ pozwala zrozumieć, dlaczego wszelkie modele „socjalizmu” rynkowego, samorządowego czy spółdzielczego nie przełamują kapitalistycznej logiki produkcji. O ile bowiem rynek pozostaje głównym mechanizmem koordynacji, o tyle anarchia produkcji i prymat zysku partykularnego nad interesem społecznym trwa nadal – niezależnie od tego, czy właścicielem przedsiębiorstwa jest kapitalista, spółdzielnia pracownicza czy lokalna rada.
Socjalizm natomiast opiera się na zupełnie innym celu produkcji. Jest nim maksymalizacja korzyści całego społeczeństwa jako całości, a nie interesów poszczególnych jednostek gospodarczych. Produkcja ma tu charakter jednolity i zintegrowany w skali społecznej, a jej kierunek ustalany jest centralnie w oparciu o całościową, racjonalną ocenę potrzeb i możliwości społeczeństwa. Materialną podstawę tego procesu stanowi społeczna własność środków produkcji, która zastępuje własność prywatną. Drugim, nierozłącznym elementem definicji socjalizmu jest centralne planowanie, bez którego społeczna własność pozostaje pustą formą, a nie realnym stosunkiem produkcji.
Czym są spółdzielnie?
Skoro więc istotą socjalizmu jest zniesienie fragmentarycznego charakteru decyzji produkcyjnych i podporządkowanie produkcji interesowi społecznemu jako całości, a nie maksymalizacji zysku w interesach partykularnych, to jego materialną podstawą musi być własność środków produkcji należąca do całego społeczeństwa. Nie do zbioru odrębnych podmiotów, nie do sumy zakładów pracy, nie do federacji spółdzielni ani sieci autonomicznych przedsiębiorstw, lecz do społeczeństwa rozumianego jako jedna, zintegrowana całość gospodarcza. Tylko taka forma własności umożliwia realną, jakościową zmianę trybu produkcji, a tym samym zniesienie anarchii produkcji i podporządkowania procesu gospodarczego maksymalizacji prywatnego zysku kosztem dobra wspólnego.
Własność spółdzielcza tego warunku nie spełnia. Choć formalnie znosi relację kapitalista–robotnik wewnątrz pojedynczego zakładu, to na poziomie systemowym zachowuje dokładnie tę samą strukturę, która definiuje kapitalizm: fragmentaryzację własności środków produkcji pomiędzy odrębne jednostki gospodarcze. Każda spółdzielnia pozostaje autonomicznym podmiotem, dysponującym swoimi środkami produkcji na wyłączność i podejmującym decyzje w oparciu o własny rachunek ekonomiczny, własne interesy i własną pozycję konkurencyjną. W miejsce prywatnego właściciela pojawia się kolektywny właściciel zakładu, lecz sam zakład – jako odrębna jednostka decyzyjna w społecznym procesie produkcji – pozostaje nienaruszony.
W konsekwencji wszystkie kluczowe mechanizmy i patologie kapitalizmu zostają zachowane. Głównym regulatorem produkcji pozostaje zysk, rozumiany jako realizowana na rynku nadwyżka – przekształcona forma wartości dodatkowej – której maksymalizacja staje się celem poszczególnych, rozdrobnionych podmiotów gospodarczych. Kierunek działalności produkcyjnej nie jest wyznaczany przez całościową ocenę potrzeb społecznych, lecz przez konkurencyjność wobec innych zakładów i zdolność do utrzymania się w rynkowej selekcji. Anarchia produkcji nie zostaje w tym modelu zniesiona. Produkcja pozostaje nieskoordynowana pomiędzy zakładami i chaotyczna, pozbawiona centralnie ustalonego planu, wyznaczającego świadomie, w oparciu o holistyczny obraz gospodarki funkcjonowanie poszczególnych zakładów.
Zamiast wielu prywatnych kapitalistów mamy wiele autonomicznych kolektywów, które – niezależnie od intencji swoich członków – zmuszone są podporządkować się tym samym bodźcom rynkowym. W ten sposób spółdzielnie pełnią funkcję kolektywnych kapitalistów: zarządzają środkami produkcji w sposób podporządkowany konkurencji i rachunkowi zysku, a nie świadomej realizacji interesu społecznego.
Z perspektywy funkcjonowania formacji społeczno-ekonomicznej oraz rozwoju sił wytwórczych, szczególnie na etapie rozwiniętej i złożonej gospodarki opartej o społeczny charakter produkcji, kluczowe znaczenie ma nie to, jak wyglądają relacje własnościowe i zarządcze wewnątrz pojedynczego zakładu, lecz to, jaką rolę zakład ten pełni w całościowym procesie produkcji społecznej. A w tym sensie jednostka produkcyjna – przedsiębiorstwo, fabryka, zakład – pełni dokładnie tę samą funkcję zarówno przy własności prywatnej, jak i spółdzielczej. Jest odrębnym ośrodkiem decyzyjnym, reagującym na sygnały rynkowe i własny bilans ekonomiczny, a nie elementem świadomie zaprojektowanego, planowego systemu produkcji podporządkowanego rozwojowi społeczeństwa jako całości.
Dlatego własność spółdzielcza nie stanowi przejścia do socjalizmu, lecz pozostaje zmodyfikowanym wariantem kapitalizmu – często bardziej egalitarnym w podziale dochodu wewnątrz zakładu, lecz nie mniej kapitalistycznym w swojej istocie. Nie znosi bowiem ani rynku jako głównego mechanizmu koordynacji, ani anarchii produkcji jako jego koniecznej konsekwencji. Z punktu widzenia rozwoju sił wytwórczych różnica między przedsiębiorstwem prywatnym a spółdzielczym ma znaczenie drugorzędne; zasadnicza sprzeczność – fragmentaryzacja własności i brak realnej, ogólnospołecznej kontroli nad produkcją – pozostaje nienaruszona.
Należy tu jednak poczynić istotne zastrzeżenie. Powyższa krytyka nie oznacza postawienia bezwzględnego znaku równości między własnością spółdzielczą a prywatną własnością kapitalistyczną. Spółdzielnie nie znoszą wprawdzie wyzysku w sensie systemowym, ponieważ jako podmioty funkcjonujące w warunkach rynku mogą – i często muszą – wyzyskiwać zatrudnianych przez siebie pracowników najemnych, jednak niewątpliwie zawężają jego zakres i znoszą jego charakter jako relacji wszechobecnej i strukturalnie dominującej wewnątrz zakładu. W tym sensie system spółdzielczy tworzy realnie lepsze warunki pracy, ogranicza zabór wartości dodatkowej i najbardziej brutalne formy eksploatacji oraz osłabia hierarchiczny charakter stosunków produkcji.
Na tym jednak przewaga spółdzielni nad klasyczną formą kapitalizmu się kończy. Jak wykazano wcześniej, zasadnicze mechanizmy kapitalistycznego sposobu produkcji – rynek jako główny regulator, anarchia produkcji, konkurencja oraz podporządkowanie działalności gospodarczej rachunkowi zysku – pozostają w pełni zachowane. Oznacza to, że spółdzielnie nie znoszą logiki systemu, lecz funkcjonują w jej obrębie, modyfikując jedynie formę podziału dochodu i relacje wewnątrzzakładowe.
Z tego względu zakładanie spółdzielni należy uznać za zjawisko postępowe w ramach kapitalizmu. Stanowią one bowiem rzeczywiste wyłomy w jego najbardziej destrukcyjnych formach, tworząc ograniczone oazy, w których część patologii systemu zostaje złagodzona. Mają one również swoje uzasadnienie jako forma przejściowa w okresie po przejęciu władzy przez proletariat, gdy warunki materialne, organizacyjne i techniczne nie pozwalają jeszcze na pełne urzeczywistnienie centralnie planowanej gospodarki w skali całego społeczeństwa.
Na tym jednak kończy się ich historyczna rola. Spółdzielnie nie znajdują żadnego racjonalnego zastosowania na etapie urzeczywistniania socjalizmu, w którym środki produkcji stają się własnością całego społeczeństwa, a proces produkcji zostaje podporządkowany jednolitemu, ogólnospołecznemu planowi. W tym sensie spółdzielnia nie jest formą socjalistyczną, lecz zjawiskiem przejściowym: postępowym wobec kapitalizmu, użytecznym w fazie przejścia, lecz zasadniczo sprzecznym z planowym systemem produkcji socjalistycznej.
Empirycznie pouczający jest przykład Jugosławii. Państwo to funkcjonowało w wyjątkowo korzystnych warunkach rozwojowych: mogło prowadzić opłacalną wymianę handlową zarówno z krajami bloku wschodniego, jak i z Zachodem oraz korzystało z bezpośredniego wsparcia finansowego i kredytowego ze strony państw kapitalistycznych. Mimo to Jugosławia nigdy nie osiągnęła porównywalnych stóp wzrostu dochodu narodowego i wydajności pracy ani poziomu rozwoju naukowo-technicznego, jakie uzyskał ZSRR, rozwijający się w skrajnie niekorzystnym środowisku geopolitycznym, gospodarczym i militarnym.
Nie jest to wniosek oparty na radzieckiej propagandzie, lecz na najbardziej rzetelnych współczesnych rekalkulacjach danych gospodarczych dla ZSRR, które odrzucają zarówno zniekształcenia oficjalnej statystyki radzieckiej, jak i uproszczone metody niektórych zachodnich ekonomistów polegające na mechanicznej ekstrapolacji kapitalistycznych miar wzrostu na realia gospodarki planowej. Również przy porównaniu poziomów wyjściowych widać wyraźnie, że Jugosławii nie udało się dokonać takiego skoku cywilizacyjnego i poprawy warunków życia, jakiego dokonał ZSRR w latach 1930–1950., mimo znacznie trudniejszego punktu startowego.
Często przywoływany argument o relatywnie wyższym poziomie konsumpcji w Jugosławii w latach 70. i 80. nie wytrzymuje jednak krytyki metodologicznej. Pomija on bowiem fakt, że od lat 60. sam Związek Radziecki wszedł na ścieżkę znacznej decentralizacji i karykaturyzacji planu centralnego, co oznacza, że nie może on stanowić punktu odniesienia w porównaniu „socjalizmu” rynkowego z gospodarką nakazowo-planową. Porównywanie zdecentralizowanej Jugosławii z mniej, ale jednak nadal zdecentralizowanym ZSRR fałszuje wnioski i zaciera różnice systemowe.
Co więcej, w samej Jugosławii występowały wszystkie zjawiska charakterystyczne dla kapitalistycznego sposobu produkcji: anarchia produkcji, prymat zysku zakładowego nad interesem publicznym, trwały wyzysk pracy najemnej, silne i narastające nierówności regionalne oraz społeczne, a także bezrobocie strukturalne. Nie były to incydenty ani „błędy wykonawcze”, lecz logiczne konsekwencje systemu opartego na autonomii przedsiębiorstw i mechanizmach rynkowych.
Zainteresowanych bardziej szczegółową analizą warto odesłać do chińskiego opracowania z lat 60. „Czy Jugosławia jest państwem socjalistycznym?”, które rekonstruuje realia jugosłowiańskiej gospodarki w oparciu o dane zaczerpnięte bezpośrednio z jugosłowiańskich gazet, roczników statystycznych i oficjalnych publikacji. Analiza ta pokazuje jednoznacznie, że jugosłowiański model nie był ani przejściową formą socjalizmu, ani „bardziej demokratyczną alternatywą”, lecz specyficzną odmianą kapitalizmu.
Mówiąc o autonomicznych zakładach, należy też przywołać ZSRR i kraje demokracji ludowej, które od drugiej połowy lat 50. i lat 60. same wdrażały dewiacje podobne do jugosłowiańskiej. Proces ten obejmował ograniczanie roli planu centralnego, wzmacnianie autonomii przedsiębiorstw, wprowadzanie rachunku ekonomicznego opartego na rentowności oraz coraz szersze stosowanie bodźców quasi-rynkowych. W teorii miało to zwiększyć efektywność i elastyczność produkcji, w praktyce jednak prowadziło do odtwarzania tych samych sprzeczności, które są immanentne dla gospodarki rynkowej. Zakłady zaczęły kierować się własnym interesem ekonomicznym, minimalizować koszty kosztem jakości i długofalowego rozwoju, a plan coraz częściej przestawał pełnić funkcję realnego narzędzia koordynacji, stając się jedynie ramą formalną.
Skutkiem tej ewolucji był stopniowy powrót anarchii produkcji i prymatu partykularnego zysku. Efektem było drastyczne obniżenie stóp wzrostu wskaźników ekonomicznych i szerokie kłopoty gospodarcze, przywoływane przez propagandę burżuazyjną jako rzekomy dowód niewydajności centralnego planowania.
Jaką w takim razie ma formę własność socjalistyczna?
Jedyną znaną nam i realnie dostępną formą własności socjalistycznej jest własność państwowa, pod warunkiem że państwo znajduje się w rękach proletariatu i innych klas pracujących. Wynika to nie z dogmatu ani z apriorycznej afirmacji państwa jako takiego, lecz z materialnych uwarunkowań rozwoju społeczeństwa. Jedyną istniejącą obecnie formą organizacji społecznej zdolną utrzymać długoterminowo socjalizm, broniąc go przed oporem reakcyjnych klas oraz objąć swoim zasięgiem całość populacji, całość terytorium oraz całość procesu gospodarczego jest bowiem państwo. A jedynym państwem, które może stanowić prawdziwą własność całego społeczeństwa, jest państwo klasy robotniczej.
Tylko poprzez państwo proletariackie środki produkcji mogą znaleźć się we władaniu klasy robotniczej jako całości, a nie jako zbioru rozproszonych grup, zakładów czy lokalnych kolektywów. Tylko taka forma własności znosi fragmentaryzację decyzji produkcyjnych, umożliwia podporządkowanie produkcji interesowi ogólnospołecznemu oraz stwarza materialne podstawy centralnego planowania. W tym sensie własność państwowa w państwie proletariackim nie jest „jedną z form” własności socjalistycznej, lecz jej jedyną realną postacią na historycznym etapie przejścia od kapitalizmu do komunizmu.
Wraz z rozwojem sił wytwórczych, a tym samym z rozwojem całego społeczeństwa – materialnym, kulturowym i organizacyjnym – państwo stopniowo traci rację bytu jako odrębny aparat przymusu. Własność środków produkcji przestaje wówczas mieć charakter państwowy i przechodzi w formę bezpośredniego zarządzania przez społeczeństwo jako całość. Nie oznacza to jednak w żadnym wypadku przekazania środków produkcji w ręce poszczególnych załóg zakładów ani federacji autonomicznych jednostek gospodarczych. Oznacza to raczej osiągnięcie takiego poziomu rozwoju, na którym nie istnieje już opór żadnej reakcyjnej klasy, a ludzkość jako gatunek nauczyła się funkcjonować w oparciu o interes wspólny jako stan domyślny. Wówczas aparat państwowy staje się zbędny, a centralna regulacja produkcji realizowana jest bez jego pośrednictwa – jako naturalny, świadomy sposób organizacji życia społecznego. Jest to jednak już na poziomie wyższego etapu rozwoju, czyli komunizmu, a opisany model stanowi własność komunistyczną, a nie socjalistyczną w ścisłym sensie.
Nie oznacza to bynajmniej, że własność państwowa pozbawiona jest zagrożeń. Przede wszystkim należy jasno stwierdzić, że państwowa własność środków produkcji w krajach kapitalistycznych nie ma nic wspólnego z własnością socjalistyczną. Jest ona jedynie szczególną formą własności kapitalistycznej, podporządkowaną interesom klasy panującej, choć pełniącą często postępową rolę i przynoszącą przy okazji korzyść klasom pracującym.
Również własność państwowa, która pierwotnie miała charakter socjalistyczny, może – przy braku odpowiednich mechanizmów kontroli politycznej i gospodarczej – ulec stopniowej degeneracji w biurokratyczną formę własności państwowo-kapitalistycznej. W takim przypadku przestaje ona być własnością klasy robotniczej w sensie realnym i przestaje pełnić funkcję ogólnospołeczną. Staje się natomiast faktyczną własnością wąskiej warstwy aparatu państwowego – dyrektorów, urzędników, menadżerów – którzy zaczynają dysponować środkami produkcji w sposób autonomiczny, w oderwaniu od interesów mas pracujących i od centralnie określonych celów rozwojowych.
Degeneracja ta nie polega na formalnej prywatyzacji, lecz na wykształceniu się szczególnego rodzaju własności: biurokratycznej kontroli nad środkami produkcji, która w praktyce zastępuje kontrolę społeczną. Aparat zarządzający, zachowując państwowy tytuł własności, zaczyna funkcjonować jako zbiorowy podmiot interesu, realizujący własne cele – stabilizację pozycji, rozszerzenie kompetencji, maksymalizację osobistych zysków z zasobów pozostających pod jego dyspozycją. W ten sposób własność państwowa traci swój socjalistyczny charakter, mimo że formalnie pozostaje „publiczna”.
W efekcie powstaje struktura funkcjonalnie zbliżona do syndykalistycznej degeneracji, lecz występująca w państwowym stroju. Poszczególne zakłady i sektory uzyskują daleko idącą autonomię decyzyjną, kierują się własnym rachunkiem ekonomicznym i partykularnym interesem, a centralna koordynacja zostaje osłabiona lub wyparta przez mechanizmy quasi-rynkowe. Skutkiem jest powrót anarchii produkcji, erozja planu oraz podporządkowanie działalności gospodarczej kryteriom efektywności zakładowej i rentowności, a nie interesowi rozwoju społecznego jako całości.
Taki proces obserwowaliśmy w ZSRR począwszy od okresu Chruszczowa, a następnie w krajach demokracji ludowej po 1956 roku, gdzie formalnie utrzymana własność państwowa została coraz bardziej wypełniona treścią państwowo-kapitalistyczną. Należy jednak podkreślić, że degeneracja ta nie była stanem pierwotnym ani konieczną konsekwencją. Poprzedzał ją realny, wieloletni okres istnienia własności socjalistycznej, system bynajmniej nie wolny od sprzeczności, wad i błędów, lecz taki, w którym biurokracja nie posiadała autonomii w zarządzaniu gospodarką, podlegała ścisłej kontroli politycznej i realnej odpowiedzialności społecznej, a środki produkcji pozostawały podporządkowane jednolitemu centralnemu planowi rozwoju.
Istnienie tych zagrożeń nie stanowi jednak argumentu przeciwko państwowej formie socjalizmu. Przeciwnie – brak alternatywnej formy ogólnospołecznej organizacji na etapie przejściowym czyni ją nieuniknioną. Przed osiągnięciem komunizmu nie istnieje bowiem żaden inny organizm zdolny do świadomego, całościowego zarządzania produkcją społeczną. Właściwą odpowiedzią na ryzyko biurokratycznej degeneracji nie jest więc porzucenie własności państwowej, lecz stworzenie i konsekwentne stosowanie skutecznych zabezpieczeń antybiurokratycznych.
Ich celem musi być uniemożliwienie przekształcenia się funkcji kierowniczych, eksperckich i administracyjnych w podstawę nowej, uprzywilejowanej pozycji klasowej. Funkcje te powinny mieć wyłącznie techniczny charakter w społecznym podziale pracy, a nie wiązać się z żadnymi szczególnymi prawami do środków produkcji, przywilejami ani z autonomią decyzyjną wobec interesu ogólnospołecznego. Równocześnie sprawujące je osoby muszą podlegać rygorystycznej kontroli. Jak dokładnie takie zabezpieczenia powinny wyglądać, jest jednak zagadnieniem wymagającym osobnej, pogłębionej analizy.
W tym miejscu warto odnieść się jeszcze do często podnoszonego, „lewackiego” kontrargumentu, który – mimo swojej popularności – jest w istocie głęboko absurdalny. Chodzi mianowicie o twierdzenie, że państwo socjalistyczne „pełni rolę kapitalisty zbiorowego”, ponieważ przejmuje wartość dodatkową wytwarzaną w procesie produkcji. Argument ten opiera się na całkowitym pomieszaniu kategorii ekonomicznych i abstrahuje od najbardziej elementarnych warunków funkcjonowania jakiegokolwiek społeczeństwa.
Gdyby bowiem całość wytworzonego produktu społecznego miała zostać natychmiast i w całości skonsumowana, rozwój społeczny stałby się niemożliwy. Bez akumulacji nie ma rozbudowy bazy produkcyjnej, nie ma inwestycji w nowe zakłady, infrastrukturę i środki pracy, nie ma finansowania badań naukowych, innowacji technologicznych ani rozszerzania zakresu i wolumenu produkcji. Społeczeństwo pozbawione zdolności do akumulacji nie tylko przestaje się rozwijać, lecz bardzo szybko zaczyna się cofać, aż w końcu ulega dezintegracji. W skali historycznej oznaczałoby to nie emancypację pracy, lecz regres cywilizacyjny i kolaps społeczny.
Problem wartości dodatkowej w kapitalizmie nie polega więc na samym istnieniu nadwyżki ani na fakcie jej akumulowania, lecz na sposobie jej przywłaszczenia i celu jej wykorzystania. W kapitalizmie wartość dodatkowa opiera się na niesprawiedliwym zawłaszczeniu części wartości wytworzonej przez innych ludzi i trafia do dyspozycji prywatnego właściciela kapitału, który wykorzystuje ją zgodnie ze swoim interesem i uznaniem. Akumulacja ma tu charakter prywatny, elitarny, chaotyczny i podporządkowany maksymalizacji zysku, a nie rozwojowi społeczeństwa jako całości.
W socjalizmie sytuacja jest jakościowo odmienna. Nadwyżka produktu społecznego nie jest przywłaszczana przez żadną uprzywilejowaną jednostkę ani wąską grupę, lecz pozostaje w dyspozycji społeczeństwa jako całości. To społeczeństwo – poprzez plan i świadome decyzje – decyduje o jej podziale między konsumpcję a akumulację, kierując się nie prywatnym zyskiem, lecz maksymalizacją długofalowego rozwoju, wydajności pracy i dobrobytu społecznego. Państwo proletariackie nie występuje tu jako kapitalista, lecz jako narzędzie realizacji zbiorowej woli i interesu klasy pracującej.
Nadwyżka produktu społecznego nie znika w prywatnym zawłaszczeniu, lecz wraca do klasy pracującej w sposób bezpośredni i systemowy. Część przeznaczona na akumulację przybiera postać dóbr publicznych i wspólnych: rozbudowy infrastruktury, transportu, energetyki, ochrony zdrowia, edukacji, mieszkalnictwa, kultury, a także rozwoju nauki i technologii. Są to nie abstrakcyjne „koszty”, lecz realne formy wzrostu społecznej wydajności pracy i poziomu życia, z których robotnik korzysta bezpośrednio jako członek społeczeństwa.
Akumulacja w socjalizmie nie jest więc przeciwstawna interesowi robotnika, lecz stanowi jego rozszerzoną formę. To, co nie wraca do niego w postaci natychmiastowej konsumpcji indywidualnej, wraca w postaci lepszych warunków życia, pracy i reprodukcji społecznej, a także w postaci wzrostu ogólnego bogactwa społecznego, które stanowi jego zbiorową własność. Państwo proletariackie nie występuje tu jako kapitalista, lecz jako narzędzie organizacji i redystrybucji nadwyżki w interesie mas pracujących.
Również indywidualna dystrybucja płacy ma w socjalizmie zupełnie inny charakter niż w kapitalizmie. Nie opiera się ona na własności kapitału ani pozycji rynkowej, lecz na rzeczywistym wkładzie pracy. Każdy otrzymuje udział w produkcie społecznym odpowiadający ilości, jakości i społecznej użyteczności wniesionej przez niego pracy. Zasada ta – „od każdego według jego zdolności, każdemu według jego pracy” – nie tylko znosi niesprawiedliwe zawłaszczenie owoców cudzej pracy, lecz tworzy również zachętę do maksymalizacji wydajności i racjonalnej organizacji produkcji.
Utożsamianie społecznej akumulacji z kapitalistycznym wyzyskiem jest więc nie tylko błędem teoretycznym, ale prowadzi do wniosków całkowicie sprzecznych z materialnymi warunkami rozwoju społeczeństwa. Bez nadwyżki i bez jej planowego wykorzystania nie ma ani socjalizmu, ani w ogóle nowoczesnej cywilizacji.
Marksizm a spółdzielczość
Taki pogląd na spółdzielczość i pochodne jej formy nie jest moim wymysłem, lecz stanowi odbicie poglądów Karola Marksa i Fryderyka Engelsa.
Nędza filozofii, jedno z pierwszych wielkich dzieł Marksa, jest poświęcona miażdżącej polemice myśliciela z Trewiru z mutualistycznymi koncepcjami anarchisty Pierre’a-Josepha Proudhona.
Nie jest to bynajmniej produkt niedojrzałych poglądów młodego Marksa. W tomie III Kapitału pada bowiem znamienny fragment:
Fabryki spółdzielcze należące do samych robotników stanowią w obrębie starej formy pierwszy dokonany w niej wyłom, aczkolwiek wszędzie, o ile dochodzi w nich do rzeczywistej organizacji, reprodukują oczywiście — i muszą reprodukować — wszelkie niedostatki istniejącego systemu. Jednakże antagonizm między kapitałem a pracą znika w obrębie tych fabryk, chociaż z początku dzieje się to jedynie w tej formie, że robotnicy jako zrzeszenie są swymi własnymi kapitalistami, tzn. stosują środki produkcji, aby zużytkować swą własną pracę.
Fabryki te wskazują, jak na pewnym szczeblu rozwoju materialnych sił wytwórczych i odpowiadających im społecznych form produkcji z jednego sposobu produkcji rozwija się i kształtuje w trybie naturalnym nowy sposób produkcji. Bez systemu fabrycznego, który powstał na gruncie kapitalistycznego sposobu produkcji, fabryka spółdzielcza nie mogłaby się rozwinąć, tak samo jak nie mogłaby się rozwinąć bez systemu kredytowego, który także zrodził się na gruncie kapitalistycznego sposobu produkcji.
System kredytowy, stanowiący główną podstawę stopniowej przemiany prywatnych przedsiębiorstw kapitalistycznych w kapitalistyczne towarzystwa akcyjne, dostarcza także środków do stopniowego rozwoju przedsiębiorstw spółdzielczych w skali obejmującej w większym lub mniejszym stopniu cały kraj. Kapitalistyczne przedsiębiorstwa akcyjne, podobnie jak i fabryki spółdzielcze, należy uważać za przejściowe formy od kapitalistycznego sposobu produkcji do systemu produkcji zrzeszonej, z tą wszakże różnicą, że w pierwszym wypadku antagonizm został zniesiony w sposób negatywny, w drugim zaś — w sposób pozytywny.
(Karol Marks, Fryderyk Engels; Dzieła, tom 25, część 1; wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1983/1984, s. 683-684)
Jak więc widać, Marks uważa spółdzielczość za postępową względem prywatnej, lecz nadal kapitalistyczną formę własności, dobrą jako pośredni szczebel, ale niemogącą stanowić modelu socjalizmu.
Podobny pogląd wyraża Engels w liście do Augusta Bebla z 20-23 stycznia 1886 roku. Jak czytamy:
Ani Marks, ani ja nigdy nie wątpiliśmy, że w trakcie przejścia do gospodarki całkowicie komunistycznej konieczne będzie powszechne stosowanie zarządzania spółdzielczego jako etapu pośredniego. Ale sprawy powinny być tak zorganizowane, aby społeczeństwo, tj. początkowo państwo, zachowało własność środków produkcji i w ten sposób zapobiegło sytuacji, w której partykularne interesy spółdzielni miałyby pierwszeństwo przed interesami całego społeczeństwa.
Pośredni i niesocjalistyczny charakter spółdzielczości wyraźnie zostaje zaznaczony również w Anty-Dühringu:
Wprowadził [Owen – przyp. red.] w charakterze środków tymczasowych, mających ułatwić przejście do całkowicie komunistycznej organizacji społeczeństwa, stowarzyszenia spółdzielcze (spożywcze i wytwórcze), które przynajmniej dowiodły praktycznie, że zarówno kupiec, jak i fabrykant są figurami zgoła zbytecznymi; utworzył też bazary pracy, zakłady, w których odbywała się wymiana wytworzonych produktów za pomocą papierowego pieniądza pracy, którego jednostką była godzina robocza. Zakłady te siłą rzeczy musiały upaść, ale stanowiły całkowitą antycypację o wiele późniejszego proudhonowskiego banku wymiany, od którego tym się tylko różniły, że reprezentowały nie uniwersalny lek na wszelkie dolegliwości społeczne, lecz tylko pierwszy krok do znacznie radykalniejszego przekształcenia społeczeństwa.
Idąc dalej, w tymże dziele Engels tak krytykuje postulowaną przez Dühringa własność komunalną, stanowiącą pochodną spółdzielni na szczeblu gmin:
Będą więc istniały bogate i biedne komuny gospodarcze, a wyrównywanie będzie się odbywało przez tłumny napływ ludności do komun bogatych i odpływ z komun biednych. Pan Dühring chce przez narodową organizację handlu usunąć konkurencję produktów poszczególnych komun, a z całym spokojem pozostawia konkurencję producentów. Rzeczy zostają uwolnione od konkurencji - ludzie pozostają pod jej panowaniem.
W takim też kontekście – jak opisano w Anty-Dühringu – należy rozumieć pochwałę spółdzielczości wyrażoną przez Marksa w Inauguracyjnym Manifeście Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników, przywoływaną jako dowód rzekomego poparcia Marksa dla spółdzielczości:
Miało jednak niebawem nastąpić jeszcze większe zwycięstwo ekonomii politycznej pracy nad ekonomią polityczną własności i kapitału. Mamy na myśli ruch spółdzielczy, a zwłaszcza fabryki spółdzielcze, założone dzięki zupełnie samodzielnym wysiłkom nielicznych śmiałych "rąk roboczych". Trudno przecenić wartość tych doniosłych eksperymentów społecznych. Nie słowem, lecz czynem dowiodły one, że produkcja na wielką skalę, odpowiadająca wymogom współczesnej nauki, może się obywać bez istnienia klasy przedsiębiorców, którzy zatrudniają klasę robotników; wykazały, że po to, aby produkować, narzędzia nie muszą być monopolizowane jako środki panowania nad robotnikiem i wyzyskiwania go i że praca najemna, podobnie jak praca niewolnicza i praca pańszczyźniana, jest tylko przejściową i niższą formą społeczną, która musi ustąpić miejsca pracy zrzeszonej, wypełnianej chętnie, z umysłem świeżym i w pogodnym nastroju. Na glebie angielskiej ziarna systemu spółdzielczego posiał Robert Owen; eksperymenty robotników kontynentu stanowiły w istocie rzeczy wnioski praktyczne z teorii, które odkryto co prawda nie w roku 1848, ale które wtedy głośno proklamowano.
Nie ma tu nigdzie słów o spółdzielniach jako docelowej, socjalistycznej formie społeczeństwa, lecz jedynie o korzyściach z nich płynących – wyraźnie w świetle przytoczonych powyżej przykładów – jako wartościowej formy pośredniej w ramach kapitalizmu.
Niekiedy wskazuje się także na fragmenty z Wojny domowej we Francji jako wyłożenie postulatów ekonomicznych marksizmu. Tamże jednak Marks krytykuje zakładanie spółdzielni jako formę rozwoju jedynie w obrębie kapitalizmu i na jej miejsce proponuje system ogólnospołeczny, w którym spółdzielnie tracą swój formalny sens i stają się jednostką centralnego planu. Nie widzimy tu zresztą wezwania do zakładania spółdzielni, a raczej wskazanie, że miałyby one sens realnej formy przeciwnej kapitalizmowi tylko jako jednostki scentralizowanej gospodarki nakazowej:
Komuna chciała znieść ową własność klasową, dzięki której praca wielu ludzi przeistacza się w bogactwo niewielu. Miała ona na celu wywłaszczenie wywłaszczycieli. Chciała ona z własności osobistej uczynić prawdę realną zamieniając środki produkcji, ziemię i kapitał, które dziś są przede wszystkim środkiem ujarzmienia i wyzyskiwania pracy w zwykłe narzędzie pracy wolnej i zrzeszonej; - Ale przecież to komunizm, "niemożliwy" komunizm! No, i cóż, znajdują się ludzie wśród klas panujących, którzy mają dość rozumu, aby widzieć niemożliwość dalszego trwania dzisiejszego systemu – takich jest wielu – i ci narzucają się jako natrętni i krzykliwi apostołowie produkcji spółdzielczej. Lecz jeżeli produkcja zrzeszona nie ma być tylko pustym dźwiękiem i kuglarstwem, jeżeli ma wyprzeć system kapitalistyczny, jeżeli ogół zrzeszeń ma regulować produkcję narodową według wspólnego planu, wziąć ją zatem pod własne kierownictwo i położyć kres ciągłej anarchii i periodycznie powracającym konwulsjom, które są nieuniknionym udziałem produkcji kapitalistycznej – cóż to będzie innego, panowie, jeżeli nie komunizm, "możliwy" komunizm?
Bardzo często przywołuje się przeciwko własności państwowej poniższy fragment Anty-Dühringa:
Nowoczesne państwo jest bez względu na swoją formę machiną w istocie swej kapitalistyczną, państwem kapitalistów, idealnym kapitalistą zbiorowym. Im więcej sił wytwórczych przejmuje ono na swoją własność, w tym większym stopniu staje się rzeczywistym kapitalistą zbiorowym, tym więcej obywateli wyzyskuje. Robotnicy pozostają robotnikami najemnymi, proletariuszami. Stosunki kapitalistyczne nie zostają zniesione, przeciwnie, zaostrzają się do ostatecznych granic.
Nietrudno jednak zauważyć, że Engels mówi tu o nacjonalizacji dokonywanej przez państwo burżuazyjne w ramach systemu kapitalistycznego, a nie krytyce nacjonalizacji w ramach socjalizmu. Widzimy to jeszcze wyraźniej, biorąc poprzedzające zdania:
Ta niezgoda potężnie wzrastających sił wytwórczych na funkcjonowanie w charakterze kapitału, ten coraz silniejszy mus uznania ich społecznej natury coraz bardziej zniewala samą klasę kapitalistów do traktowania tych sił jako społecznych sił wytwórczych, o ile w ramach stosunków kapitalistycznych jest to w ogóle możliwe. Zarówno okres wysokiej koniunktury przemysłowej ze swoim bezgranicznie rozdętym kredytem, jak i sam krach rujnujący wielkie przedsiębiorstwa kapitalistyczne - narzuca tę formę uspołecznienia większych mas środków produkcji, którą obserwujemy w różnych rodzajach spółek akcyjnych. Niektóre z tych środków produkcji i komunikacji, na przykład koleje, są z natury rzeczy tak kolosalne, że wykluczają wszelką inną formę kapitalistycznej eksploatacji. Na pewnym szczeblu rozwoju nie wystarcza już i ta forma; oficjalny reprezentant społeczeństwa kapitalistycznego - państwo - musi wziąć w swoje ręce kierowanie produkcją.
Ta konieczność przejmowania własności przez państwo dotyczy przede wszystkim wielkich urządzeń komunikacyjnych, takich jak poczty, telegrafy, koleje.
Jeżeli kryzysy odsłoniły niezdolność burżuazji do dalszego zarządzania nowoczesnymi siłami wytwórczymi, to przekształcenie wielkich przedsiębiorstw produkcyjnych i komunikacyjnych w spółki akcyjne i we własność państwową dowodzi zbędności burżuazji w realizacji tego procesu. Wszystkie społeczne funkcje kapitalisty wykonują odtąd płatni urzędnicy. Kapitalista nie pełni już żadnej funkcji społecznej prócz zgarniania dochodów, obcinania kuponów i gry na giełdzie, gdzie rozmaici kapitaliści odbierają sobie wzajemnie swoje kapitały. Jeżeli przedtem kapitalistyczny sposób produkcji rugował robotników, to teraz ruguje kapitalistów i odsyła ich, zupełnie tak samo jak robotników, do szeregów ludzi zbędnych, choć na razie jeszcze nie do rezerwowej armii przemysłu.
Ale przekształcenie w spółki akcyjne, tak samo jak przekształcenie we własność państwową, nie usuwa kapitalistycznego charakteru sił wytwórczych. O ile idzie o spółki akcyjne, jest to zupełnie jasne. Co się zaś tyczy nowoczesnego państwa, to jest ono tylko organizacją, którą stwarza sobie społeczeństwo burżuazyjne celem uchronienia ogólnych zewnętrznych warunków kapitalistycznego sposobu produkcji przed zamachami zarówno ze strony robotników, jak ze strony poszczególnych kapitalistów. Nowoczesne państwo jest bez względu na swoją formę machiną w istocie swej kapitalistyczną, państwem kapitalistów, idealnym kapitalistą zbiorowym. Im więcej sił wytwórczych przejmuje ono na swoją własność, w tym większym stopniu staje się rzeczywistym kapitalistą zbiorowym, tym więcej obywateli wyzyskuje. Robotnicy pozostają robotnikami najemnymi, proletariuszami. Stosunki kapitalistyczne nie zostają zniesione, przeciwnie, zaostrzają się do ostatecznych granic.
Wracając jeszcze do kuriozalnego pomysłu zniesienia społecznej akumulacji, zobaczmy, co w tej sprawie miał do powiedzenia Marks, opisując, jak wyglądać by miało społeczeństwo socjalistyczne:
Aby wiedzieć, co należy w tym kontekście rozumieć przez słowa „sprawiedliwy podział", należy zestawić pierwszy paragraf z tym paragrafem. Ten ostatni zakłada społeczeństwo, w którym „środki pracy stanowią wspólną własność, a całokształt pracy regulowany jest kolektywnie", z pierwszego zaś paragrafu widzimy, że „nieokrojony dochód z pracy należy na równych prawach do wszystkich członków społeczeństwa".
„Do wszystkich członków społeczeństwa"? Także i do nie pracujących? Gdzież tu jest „nieokrojony dochód z pracy"? Tylko do pracujących członków społeczeństwa? Gdzież tu jest „równe prawo” wszystkich członków społeczeństwa?
Bo też „wszyscy członkowie społeczeństwa” oraz „równe prawo” to oczywiście tylko frazesy. Istota rzeczy polega na tym, że w tym komunistycznym społeczeństwie każdy robotnik musi otrzymać swój „nieokrojony” lassalowski „dochód z pracy".
Jeżeli wyraz „dochód z pracy” weźmiemy najpierw w znaczeniu produktu pracy, to zbiorowy dochód z pracy stanowi globalny produkt społeczny.
Z tego należy teraz potrącić: Po pierwsze: to, co jest potrzebne do odtworzenia zużytych środków produkcji. Po drugie: dodatkową część na rozszerzenie produkcji. Po trzecie: fundusz rezerwowy czy asekuracyjny dla ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków, klęsk żywiołowych itp.
Powyższe potrącenia z „nieokrojonego dochodu z pracy” są koniecznością ekonomiczną, a ich rozmiary ustala się odpowiednio do istniejących sił i środków, po części na podstawie rachunku prawdopodobieństwa, ale żadną miarą nie dadzą się one obliczyć na podstawie sprawiedliwości.
Pozostaje druga część globalnego produktu, przeznaczona na to, by służyć za środki spożycia.
Zanim dojdzie do podziału indywidualnego tej pozostałej części, odlicza się znowu od niej: Po pierwsze: ogólne koszty administracyjne nie należące bezpośrednio do produkcji. Część ta od razu ulega bardzo poważnej redukcji w porównaniu z jej wielkością w społeczeństwie dzisiejszym i zmniejsza się odpowiednio w miarę rozwoju nowego społeczeństwa. Po drugie: to, co jest przeznaczone na zaspokojenie potrzeb zbiorowych, jak szkoły, instytucje ochrony zdrowia itd. Część ta od razu wzrasta poważnie w porównaniu z jej wielkością w społeczeństwie dzisiejszym i odpowiednio rośnie w miarę rozwoju nowego społeczeństwa. Po trzecie: fundusze dla niezdolnych do pracy itd., słowem to, co dziś wchodzi w zakres tzw. urzędowej opieki społecznej.
Teraz dopiero docieramy do „podziału", który program pod wpływem lassalowskim w tak ograniczony sposób jedynie ma na względzie, mianowicie do tej części środków spożycia, która ulega podziałowi między poszczególnych wytwórców wchodzących w skład zbiorowości.
„Nieokrojony dochód z pracy” zamienił się niepostrzeżenie w „okrojony", chociaż to, co wytwórca traci jako osoba prywatna, odzyskuje bezpośrednio lub pośrednio jako członek społeczeństwa.
Podobnie jak zniknął frazes o „nieokrojonym dochodzie z pracy", tak znika obecnie frazes o „dochodzie z pracy” w ogóle.
W obrębie społeczeństwa zrzeszonego, opartego na wspólnej własności środków produkcji, wytwórcy nie wymieniają swych produktów; tak samo praca zużyta na wytworzenie produktów nie występuje tu jako wartość tych produktów, jako rzeczowa cecha im właściwa, ponieważ teraz, w przeciwieństwie do społeczeństwa kapitalistycznego, praca indywidualna istnieje jako część składowa pracy zbiorowej już nie drogą okólną, lecz bezpośrednio. Zwrot „dochód z pracy", już dziś niezdatny ze względu na swą dwuznaczność, traci w ten sposób wszelki sens.
Mamy tu do czynienia ze społeczeństwem komunistycznym, ale nie takim, które rozwinęło się na własnej podstawie, lecz przeciwnie, takim, które dopiero wyłania się ze społeczeństwa kapitalistycznego; które zatem pod każdym względem — ekonomicznym, moralnym, umysłowym — nosi jeszcze na sobie znamiona starego społeczeństwa, z którego łona wyszło. [Marks opisuje tu socjalistyczną fazę rozwoju następującą przed komunizmem; w czasach Marksa znany nam podział na socjalizm i komunizm był pojęciowo nieostry – przyp. red.] Odpowiednio do tego poszczególny wytwórca otrzymuje — po dokonaniu potrąceń — dokładnie tyle, ile dał społeczeństwu. To, co dał społeczeństwu, stanowi jego indywidualny wkład pracy. Na przykład społeczny dzień roboczy składa się z sumy indywidualnych godzin pracy; indywidualny czas pracy poszczególnego wytwórcy — to wniesiona przezeń część społecznego.
Nie inaczej niż Marks i Engels uważał oczywiście Włodzimierz Lenin. Spośród wielu jego wypowiedzi na temat pomysłu przekazania fabryk pod bezpośredni zarząd robotników, najlepiej oddają jego zdanie te słowa:
Jakiekolwiek bezpośrednie lub pośrednie usankcjonowanie praw własności pracowników danej fabryki lub danego zawodu do ich konkretnej produkcji lub ich prawa do osłabiania lub utrudniania realizacji poleceń władz państwowych stanowi rażące naruszenie podstawowych zasad władzy radzieckiej i całkowite odrzucenie socjalizmu.
(O demokratyzmie i socjalistycznym charakterze władzy radzieckiej)
Na koniec warto wspomnieć, że wielkim wrogiem uznawania własności spółdzielczej za socjalistyczną był też Ernesto „Che” Guevara. Jego pogląd na socjalizm – jako społeczeństwo zorganizowane jak jedna, wielka fabryka – został wyłożony w licznych pracach, takich jak na przykład Notatki krytyczne do ekonomii politycznej czy O budżetowym systemie finansowania.
Podsumowanie
Przeprowadzona analiza prowadzi do jednoznacznych wniosków. Socjalizm nie jest ani „bardziej sprawiedliwą wersją rynku”, ani zbiorem alternatywnych form własności zakładowej, ani federacją autonomicznych podmiotów gospodarczych. Jest on jakościowo odmiennym sposobem produkcji, którego istotą jest zniesienie fragmentarycznego charakteru decyzji produkcyjnych i podporządkowanie całego procesu gospodarczego interesowi społeczeństwa jako całości. Warunkiem materialnym takiej zmiany jest własność środków produkcji w rękach całego społeczeństwa oraz planowa, centralna koordynacja produkcji.
W tym świetle własność spółdzielcza, samorządowa czy „rynkowo-socjalistyczna” nie stanowi formy socjalistycznej. Może ona pełnić rolę postępową w ramach kapitalizmu, łagodząc niektóre jego destrukcyjne przejawy, a także funkcjonować przejściowo w okresach niedojrzałości materialnej po przejęciu władzy przez proletariat. Nie przełamuje jednak kapitalistycznej logiki produkcji, ponieważ zachowuje rynek jako główny mechanizm koordynacji, a wraz z nim anarchię produkcji, konkurencję i prymat interesów partykularnych nad interesem ogólnospołecznym.
Jedyną znaną i realnie dostępną formą własności socjalistycznej jest własność państwowa w państwie proletariackim. Dopiero na wyższym etapie rozwoju, wraz z zanikiem klas i przymusu politycznego, własność ta może przekształcić się w bezpośrednie, niepaństwowe zarządzanie społeczne – czyli własność komunistyczną.
Spór o spółdzielnie, rynek czy decentralizację nie jest sporem o „styl” socjalizmu, lecz o jego istnienie. Albo produkcja jest podporządkowana świadomej, ogólnospołecznej kontroli i planowi, albo pozostaje – niezależnie od form własności zakładowej – w orbicie kapitalizmu.
O AUTORZE
Włodzimierz Postępowski
Redaktor ds. Analizy Danych
Zawodowo specjalizuje się w przetwarzaniu języka naturalnego jako freelancer. Łączy teoretyczne zainteresowania fizyką i jej naczelnymi problemami współczesności ze stosowaną inżynierią. Badacz historii ZSRR i entuzjasta cybernetycznego planowania centralnego w erze Big Data i sztucznej inteligencji. Wielokrotny uczestnik międzynarodowych eventów technicznych, w tym hackathonów w Polsce i Turcji, gdzie łączy swoje umiejętności z refleksją nad algorytmicznym zarządzaniem zasobami.