Demonstracja pod hasłem „Dość zakazu strajków! Czas na silne związki zawodowe!” odbyła się 1 maja 2026 roku w Warszawie. Organizatorami były trzy podmioty: OZZ Inicjatywa Pracownicza, anarchistyczny kolektyw Rozbrat oraz Ruch Sprawiedliwości Społecznej Piotra Ikonowicza. Swój udział zaznaczyły również organizacje lewicowe — Akcja Socjalistyczna, Młodzi Razem, Iskra oraz Czerwoni. W marszu wzięło udział kilka tysięcy osób.
Pochód wyruszył punktualnie o dwunastej spod Sejmu RP i przeszedł ulicami Warszawy. Główne żądanie było jedno: zniesienie ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych z 1991 roku — i tu warto się zatrzymać, bo historia tej ustawy jest bardziej mroczna, niż można by sądzić z jej neutralnie brzmiącego tytułu.
Ustawa ze stanu wojennego
Prawo, przeciwko któremu demonstrowali uczestnicy pochodu, nie wzięło się znikąd. Jego korzenie sięgają artykułu 14. dekretu o stanie wojennym z 12 grudnia 1981 roku, który wprost zawieszał prawo do strajków i akcji protestacyjnych. Gdy w 1989 roku zaczęły się reformy ustrojowe, ci sami intelektualiści, którzy wcześniej wspierali Solidarność, stanęli na czele przemian — i zamiast znieść antystrajkowe restrykcje Jaruzelskiego, uchwalili w 1991 roku „nową” ustawę, która z kilkoma drobnymi zmianami terminologicznymi powtórzyła całą tę procedurę. Jak podsumowuje to OZZiP: zapisy, które wczoraj strzegły dyktatury Jaruzelskiego, dziś stoją na straży dyktatury przedsiębiorców.
W efekcie Polska ma dziś najbardziej restrykcyjne prawo strajkowe w całej Unii Europejskiej. Dla porównania: we Francji strajk mogą ogłosić nawet dwaj pracownicy, bez żadnego wsparcia organizacji związkowej, i są chronieni prawem. W Niemczech strajk jest traktowany jako środek ostateczny, ale samo prawo do zrzeszania się i negocjacji zbiorowych jest znacznie szerzej zagwarantowane. W Polsce działalność związkowa bywa traktowana niemal jak przestępstwo.
Jak wygląda droga do legalnego strajku
Żeby w Polsce legalnie zastrajkować, pracownicy muszą przejść przez cztery kolejne etapy: wystąpienie z żądaniami, rokowania, mediacje — a na końcu referendum strajkowe, w którym musi wziąć udział co najmniej 50% wszystkich pracowników w każdym zakładzie firmy w kraju. Ten ostatni wymóg to w przypadku dużych korporacji jak Amazon, Kaufland czy Dino praktyczna niemożliwość — pracownicy magazynowi chcą strajkować, ale o strajku głosują też pracownicy biurowi; pielęgniarki chcą strajkować, ale o ich strajku decydują lekarze. Procedura trwa miesiącami, a każdy jej etap służy de facto temu samemu: daje pracodawcy czas na identyfikację liderów związkowych i ich zwolnienie, prowadzenie propagandy antyzwiązkowej i demobilizację załogi. Jak zauważa OZZiP: w praktyce referendum strajkowe nie jest zwykle ostatnim etapem poprzedzającym strajk, ale raczej ostateczną blokadą strajku.
Dlatego organizatorzy wysunęli dwa konkretne postulaty. Po pierwsze: zniesienie wymogu referendum strajkowego. Po drugie: oddzielenie strajku od procedury rozwiązywania sporów zbiorowych — tak, by dialog i mediacje były możliwe równolegle z akcją strajkową, a nie jako warunek jej legalności. Uczestnicy podkreślali, że „demokracja zaczyna się od zakładu pracy" i bez silnych związków zawodowych dialog z pracodawcą nie jest równy.
Organizatorzy zapowiedzieli kolejne działania na 23 maja 2026 roku w Warszawie — w 35. rocznicę uchwalenia kwestionowanej ustawy.
Margines
W tym roku była to największa — można powiedzieć, że jedyna — demonstracja pierwszomajowa w stolicy. W pewnym momencie nasi redaktorzy zauważyli jednak osobną kolumnę: kilkanaście osób niosących banery niszowej organizacji „Historia Czerwona" i zdelegalizowanej Komunistycznej Partii Polski. Trudno to nazwać inaczej niż spacerem — tym bardziej że tendencja liczebności tej grupy jest wyraźnie spadkowa rok do roku. Spacer minął się z główną demonstracją, po czym jego uczestnicy dołączyli do pochodu, najwyraźniej rozczarowani własną frekwencją.
Sprawa przybrała jednak poważniejszy obrót. Wśród uczestników spaceru Historii Czerwonej znajdowały się osoby identyfikujące się jako „narodowi socjaliści" odwołujący się do lewego skrzydła NSDAP — z własną flagą. W nieoficjalnej komunikacji z Piotrem Ciszewskim dowiedzieliśmy się, że zostali ostrzeżeni, by nie robić niczego głupiego, jednak mimo wyraźnej identyfikacji nie zostali wykluczeni z demonstracji.
W tym samym spacerze znajdowała się grupa niosąca zmodyfikowaną flagę Demokratycznej Kampuczy — kraju, który w latach 1975–1979 prowadził politykę totalnego terroru, doprowadzając do śmierci około miliona własnych obywateli. Piotr Ikonowicz w nieoficjalnej rozmowie zaznaczył wprost, że RSS nie chce mieć z tą grupą nic wspólnego — ze względu zarówno na poglądy uczestników spaceru Historii Czerwonej, jak i na obecność flag z sierpem i młotem.
Komentarz redakcji: Piotr Ciszewski zdaje się od lat żywić wyraźną zazdrość wobec Ikonowicza, z którym bezskutecznie próbuje rywalizować o pozycję na skrajnej lewicy.
